Burmistrz i miód pitny
Przekroczyłem niepewnie próg, pilnie obserwując mężczyznę siedzącego za biurkiem. Brodacz, nerwowo przeglądając papiery, zdawał się nie zwracać na mnie najmniejszej uwagi.
- Proszę siadać, panie Cornwall!! - krzyknął tak niespodziewanie, że ledwie powstrzymałem się od wzdrygnięcia.
- Czym chata bogata!! - wrzeszczał, jak opętany nie podnosząc nosa ponad papiery, które wciąż nerwowo przerzucał przed oczami.
Usiadłem spokojnie na kamiennym krześle, pozbawiony złudzeń co do normalności burmistrza dziwacznego miasta.
Chciałem zacząć rozmowę, zapytać o szczegóły, ale chyba masochistycznie czekałem na dalszy popis ekscentryczności pana de'Nike.
- Usiadł pan?! - burmistrz po raz pierwszy podniósł wzrok i zawiesił go na mojej twarzy przez dłuższy czas - To dobrze! Taaak... dobrze. Tak też powiedziałem "proszę usiąść", nieprawdaż?
- Zgadza się. - odpowiedziałem spokojnie.
Burmistrz bez słowa wrócił znowu do przeglądania papierów. Czynność tę wykonywał zaś do tego stopnia chaotycznie, że aż jawnie bez najmniejszego sensu.
- Wie pan kim jestem. - bardziej stwierdziłem, niż zapytałem.
- Oczywiście, że wiem! - Boot nadal patrzył na papiery - Czy pan uważa, że wpuściłbym do biura anonimowca?!
- Kogo?
- Nie ważne... Zwą pana Sorcareus Cornwall! Prawda?!
- Niemal od urodzenia. - uśmiechnąłem się.
- Jest pan Kornwaliem, czy nie?! - burmistrz znowu podniósł wzrok, ale tylko na moment.
- Jestem.
- No, to teraz możemy sie napić miodu - tu pan de'Nike nie odrywając wzroku od biurka wyjął nie wiem nawet skąd wielką butelczynę i uniósł nad swą łysinę - Możemy się, proszę pana, napić miodu i porozprawiać o życiu, albo pożegnać, bo o szczegółach sprawy, to ja rozmawiać z panem już chyba nie muszę!
- Owszem - poddałem się na całej linii, ale miód postanowiłem wziąć na osłodę. - Owszem, możemy porozmawiać.
Wzrok burmistrza, jaki spoczął na mnie był kwintesencją zaskoczenia.
- Pan żartuje! - rzekł w trybie rozkazującym, ale z wyraźną nadzieją na moje nieposłuszeństwo.
- W żadnym wypadku.
- Bogowie... - wymamrotał w przejęciu de'Nike i pospiesznie odkorkował butelkę. Zapachniało miodem. Burmistrz nie posiadał się z radości. Rozlewając alkohol po czyściutkiej posadzce, skoczył do ściany za swoimi plecami i... beknął donośnie. Na to "polecenie" w ścianie stopniowo zaczęły pojawiać się bruzdy, które powoli uformowały kamienne drzwi.
Burmistrz, bez szczególnych oznak dumy czy chęci wywołania we mnie osłupienia, najzwyczajniej pociągnął za nowopowstałą klamkę i wyszedł na... balkon.
Balkon był obszerny. Ograniczały go kamienne balustrady, do których wystarczyło podejść, by ogarnąć wzrokiem właściwie całe Leberdes.
- Siadaj, Kornwaliu! - krzyknął burmistrz, ale tym razem oficjalną nutę w jego głosie zastąpiła nuta wielkiej serdeczności. Bezwstydnie palcem wskazał na jedno z dwóch krzeseł przy małym drewnianym stole, osłoniętym zielonym parasolem.
- Siadaj! - wrzeszczał - porozmawiamy przy miodzie!
red-priest 2007-05-03 00:00:00
skomentuj (2)
Rada
Z drzemki obudzilem sie okolo godziny dziewiatej. Przed dziesiata zmierzalem juz ulica imienia pana de'Nike w strone biura burmistrza. Po obu stronach drogi ciagnely sie wszelkiego rodzaju stragany i stoiska czyniac z niej swego rodzaju rynek, ktorego w miescie brakowalo. Larve odeslalem do jego pierwotnego planu, wiec jedynymi towarzyszami pozostaly mi, momentami niemal rozpaczliwe, krzyki kupcow.
- Jedwab z Lodouxen! - wolali.
- Pierscienie zdjete z wszystkich palcow szesciorekiego potwora Naghi, ubitego przez slynnego pana Ungaara Gardeneth'a!
W powietrzu oczywiscie unosil sie fetor przeterminowanych ryb zmieszany z przyjemnym zapachem swiezych sledzi, smrod zgnitych owocow tlumiacy ozezwiajacy zapach swiezych cytrusow oraz... swad niedomytych sprzedawcow zmieszany z rownie nieprzyjemna wonia kupujacych tubylcow...
- To ty! - uslyszalem czlowieka, ktory krzyczal patrzac na mnie z odleglosci kilku metrow przede mna.
- Ty musisz posluchac mej rady lub przyjdzie ci zatanczyc ze smiercia! - wolal wciaz tak samo glosno mimo, ze zblizalem sie do niego idac ulica.
Poczatkowo go zignorowalem...
- Opowiedz mi o swoim dziecinstwie, sieroto! - krzyknal mi niemal do ucha, gdy przechodzilem.
Spojrzalem na niego, wyrazem irytacji kryjac zaskoczenie.
- Widzisz? Ja wiem, wiem... Musisz mnie wysluchac! - mowil juz sciszonym glosem.
- Ciekawe ile bedzie kosztowala twoja dobra rada? - spytalem.
- Ironizujesz, samotniku. Nie domyslasz sie rzeczy, o ktorych wiem... A na chleb kazdy zarabia jak umie.
- Racja - usmiechnalem sie do siebie - A co takiego o mnie wiesz?
- Wazniejsze jest to, co ty sam wiesz o sobie.
- Phi... - zaczalem odchodzic.
- Grozi ci smierc w najblizszych dniach! - znowu ryknal mi do ucha.
- Dobrze.
Odwrocilem sie, bardziej z checi pozbycia sie natreta niz z ciekawosci.
- Jakie niebezpieczenstwo? - zapytalem.
- Kobieta. Choc nie kobieta. Piekna niczym aniol, lecz grozniejsza od niejednego demona.
Przyznaje, tu mnie zaskoczyl. Czyzby informacja o driadzie juz rozeszla sie po miescie na dobre?
- Co to za stworzenie? - spytalem.
- Tyle co widzialem, juz powiedzialem.
- I to ma byc ta twoja rada?
- Nie, rada dopiero nastapi. Musisz znac odpowiedz na pewna zagadke. Odpowiedz na nia pomoze ci w niebezpieczenstwie.
Znowu mialem odejsc, ale chyba dla samej rozrywki zostalem. Lubie zagadki.
- Slucham.
- Jaka jest ulubiona pozycja glownego bohatera powiesci "101 niewiast" autora Kamusa Sutry? - spytal z powaga.
Wzruszylem ramionami i odwrocilem sie na piecie.
- Bardzo zabawne. - rzucilem przez ramie.
- To nie sa zarty! Odpowiedz pomoze ci w zwarciu ze smiercia.
- Wiec jaka jest odpowiedz? Nie czytalem tej ksiazki...
- Zaplac piec sztuk zlota, a powiem ci.
Rozesmialem sie.
- Teraz sie smiejesz. Jeszcze zobaczysz. Ja wiem wszystko, Wiem nawet, czemu stary smok na gorze Montarem do tej pory nie splodzil sobie potomstwa, nad czym wszyscy w okolicy sie zastanawiaja.
- Niby czemu? - zapytalem bardziej rozbawiony niz zaciekawiony.
- Bo gustuje tylko w wiekszych swistakach... i to samcach.
Tym razem juz odszedlem, zastanawiajac sie, czy skoro wszyscy mieszkancy sa tak pokreceni, nie czeka mnie zupelna parodia w biurze burmistrza...
Budynek, w ktorym znajdowalo sie biuro byl stosunkowo niewielki, choc elegancki. Byl jednym z niewielu murowanych budynkow w ogolnie "drewnianym" miescie. Pomalowany na mleczno bialy kolor wyroznial sie czystoscia i pewna dostojnoscia.
W srodku znajdowaly sie tylko dwa pokoje. Jeden z napisem "zaklad szewski - chwilowo nieczynne" i drugi z podobnym - "Biuro Burmistrza - czynne".
"Co za szczescie - pomyslalem - ja chyba bardziej do burmistrza, niz do szewca..."
Zapukalem, westchnalem jeszcze raz nad smiesznoscia calej tej sytuacji i wszedlem.
Znalazlem sie w niemal sterylnie czystym pomieszczeniu. Podloga wylozona byla blyszczacymi plytami w kolorze rozmazanej czarno-bialej mozaiki. Nie bylo tam zadnych pulek z ksiazkami czy dokumentami, jakie normalnie cechuja podobne miejsca. Jedynie kamienne, wygladzone na blysk biurko na srodku i kominek w rogu. Przy biurku garbil sie mezczyzna w srednim wieku z czarna, posiwiala broda i blyszczaca lysina. Na biurku lezala sterta chaotycznie porozrzucanych papierow, ktore pan burmistrz nerwowo przegladal.
red-priest 2005-06-19 21:11:59
skomentuj (0)
...
Siedzielismy na dachu gospody. Przez noc wypogodzilo sie calkowicie. Moglismy wygrzewac sie w promieniach wschodzacego slonca, a ja suszylem przemoczone ubrania.
- Nasz klient, to niejaki Boot de'Nike. Tutejszy szewc i... burmistrz. - Larva, lezac obok mnie, przypominal szczegoly sprawy. - W pobliskim lesie Zielonym (co za oryginalna nazwa), zaginal tutejszy lowca i jego dwoch pomocnikow.
- Kiedy to sie stalo?
- Jakis tydzien temu.
- Nic wiecej nie wiadomo? Prosi o pomoc Kornwaliow z powodu zaginiecia lowcy? Nie ma co zrobic z pieniedzmi, ktore zarabia szyjac buty..?
- Jest tez burmistrzem.
- W miescie nie liczacym wiecej, niz tysiac mieszkancow.
- Wlasciwie jest wiecej szczegolow... Nawet duzo wiecej.
- ...
- Tak... Wiec pan Boot twierdzi, ze mamy tu do czynienia z wyzszym gatunkiem driady z rodzaju wampirzej elity. Teraz przyznasz, ze...
- Przyznaje... Musze sie jeszcze tylko dowiedziec, kto dokladnie jest odpowiedzialny za przydzielenie wlasnie mnie do tej roboty.
- Boisz sie?
- Nie. Ale szkoda, ze nikt mnie z miejsca nie poinformowal, ze mam misje tanczenia ze smiercia...
- Przesadzasz.
- Podobno masz wysoki poziom wiedzy zwlaszcza o potworach z gatunku uwodzicielskich. - usmiechnalem sie pod nosem - Wiec powinienes wiedziec, kto... a raczej ilu osobnikow (zwlaszcza mojej plci) wychodzi calo ze spotkania z tym czyms...
- Niewielu.
- Wiec przesadzam?
- Mysle, ze zauwazyles to samo co ja...
- Chodzi ci o "normalnosc" tego mista?
- Wlasnie.
- Fakt, zastanawiam sie... Czy w miescie, gdzie normalne jest, ze ktos wymysla wlasne slowo i domaga sie za nie nagrody, wymyslanie problemow nie jest tez sprawa codziennosci.
- Dokoncze: Lowca, niejaki Coran Xavendis, zniknal, jak powiedzialem, ponad tydzien temu. Dwoch jego zastepcow: Lewis van Jeans i Bird Neva wyruszyli, to dosc oczywiste, na jego poszukiwania i nie wrocili do tej pory. Aha, wyruszyli dwadziescia cztery godziny po jego zniknieciu. Czyli bedzie jakies piec dni od ich znikniecia.
- A skad wiadomo, ze sprawczynia porwan (jesli to w ogole porwania) jest driada? I to z gatunku wampirzej elity?
- Ano nie wiadomo skad to wiadomo - usmiech Larvy dal sie wyczuc w jego glosie choc pysk panterzy uniemozliwil oczywiscie wyrazenie go fizycznie.
- Mozesz jasniej..?
- Pan de'Nike po prostu to stwierdzil. Szczegoly na ulicy imienia Boota de'Nike w jego biurze i warsztacie szewskim jednoczesnie.
Chwila milczenia.
I nasze wspolne parskniecie smiechem.
- Zartujesz z ta ulica? - zapytalem jeszcze dla pewnosci.
- W zadnym wypadku. Godzine mamy okolo siodmej rano. Na godzine dziewiata proponuje stawic sie w biurze pana szewca i burmistrza i zapytac o szczegoly.
- ... i czuje ze na tym skonczy sie nasze zadanie w tym miescie.
Po tych slowach polozylem sie na plecach szykujac sie do porannej drzemki.
red-priest 2005-06-19 16:47:16
skomentuj (0)
Leberdes
Nie zauwazylem, kiedy minalem slup powitalny miasta Leberdes. Nic dziwnego, lalo do tego stopnia ze nie widzialem na odleglosc pieciu metrow. Straznik bramy, przeklinajac pogode co drugie slowo, wyjasnil mi gdzie sie znalazlem.
Rowniez klnac pod nosem udalem sie do najblizszej gospody, jaka wskazal mi ow uprzejmy jegomosc skinieniem glowy.
"Zachcialo mi sie pieszej wedrowki" - myslalem. Rezygnuje ze smoka chyba raz na miesiac, jak nie rzadziej, zeby zazyc przyjemnej i takiej... ludzkiej pieszej wedrowki, a tu akurat najwieksza chyba ulewa jaka widziala ta okolica od czasow panowania Leonarda IV Capria. Czyli jakos sto piecdziesiat lat temu...
Larva juz dawno zniknal chowajac sie w swoj pierwotny, koci plan egzystencjalny. Rozbestwil sie ostatnio. Podobno mial nie znikac bez mojej wyraznej zgody, a tu prosze... W pewnym momencie zauwazam, ze klne na pogode do powietrza.
Straszylem go juz, ze poskarze sie radzie Wyzszych, ale najwyrazniej za bardzo wierzy w moja kolezenska lojalnosc...
Gospoda miala dosc specyficzna nazwe... "Rozruchana kobyla"... Ogolnie miasto mi sie nie podobalo. A moze nie tyle o podobanie chodzilo, co o dziwne uczucie, ze znalazlem sie w jakiejs sztuce komediowej.
Na przyklad spotkalem z pozoru uprzejmego przechodnia. Starszy mezczyzna powital mnie tak, jak przybysza witac nalezy. Z pelna goscinnoscia i ofiarowujac sie jako informator na temat miasta. Najwyrazniej ulewa nie przeszkadzala mu w tym, zeby poswiecic chwilke obcemu. Zadalem jakies ogolne pytanie... O ile dobrze pamietam, pytalem o mozliwosc spieniezenia kamieni szlachetnych, jakie udalo mi sie zdobyc podczas ostatniej podrozy do jaskini slepego Behemota. Otrzymalem odpowiedz:
- Jest ciezko... Czasy sa ciezkie, wie pan...
- A...aha... A konkretniej? - zapytalem, myslac, ze moze szykuje sie jakas robota... na przyklad pomoc w oczyszczeniu pobliskiej drogi z bandy orkow, ktorzy terroryzuja karawany, co sie czesto zdarza w okolicach malych miasteczek.
- Coz, czasy sa ciezkie...
- Pytalem o konkrety - bylem juz podirytowany pogoda i nie mialem za duzo cierpliwosci w rezerwie.
- Ciezko jest, ciezko - uslyszalem odpowiedz.
- Uslysze od pana dzisiaj cos wiecej poza tym zdaniem?
- Coz, na prawde ciezkie czasy.
- ...
- Czy cos jeszcze chcialby pan wiedziec?
- A o czym moge sie od pana dowiedziec poza tym, ze czasy sa trudne?
- Czasy sa ciezkie...
- Na zarty ci sie, chlopie zebralo...
- Nie... to szczera prawda. Czasy zrobily sie ciezsze niz dawniej.
- Znaczy sie, ze co sie stalo?!
- Ciezko jest...
- Ciezko jest?
- Oj, tak.
- Ciezkie czasy?
- Ciezkie czasy...
- Ciezkie?
- Ciezkie...
Przygladnalem sie jeszcze mojemu informatorowi myslac ze chorobe psychiczna dostrzege w jego oczach. Wygladal jednak... podejrzanie normalnie...
Odszedlem bez slowa.
- Slyszales tego faceta? - spytalem Larve, gdy juz siedzielismy w cieplym pokoju w gospodzie pod "Rozruchanym..." Larva przeciagnal sie przed kominkiem... polizal swoja czarna lape i flegmatycznie spojrzal w moja strone.
- Malo to wariatow sie w zyciu naogladales?
- A ten blondas przy barze? O co mu chodzilo ze slowem "kelb"? Ze niby slowo nowe wymyslil i domaga sie nagrody...
- Malo wariatow wsrod ludzi?
- A kelnerka, ktora uprzejmie zapytala czy piwo podac w kuflu czy tez z miski, z ktorej przed chwila jadl jej Rexio? Chyba malo przebywasz w planie rzeczywistym, jesli uwazasz ze to normalne.
- Niezupelnie normalne, ale prawdopodobienstwo na spotkanie trzech wariatow w stosunkowo krotkim czasie jest calkiem, w Waszym swiecie, wysokie.
- E tam... - odburknalem zdejmujac przemoczone buty. Odechcialo mi sie rozmawiac. Za to zachcialo mi sie spac. Mam nadzieje, ze ludzie ktorzy maja dla mnie prace w tym miescie beda nieco bardziej zrownowazeni.
red-priest 2005-06-19 14:14:57
skomentuj (0)
Picture from MAXIM Art ~*~ Layout by Amalie ~*~ Want more Layouts?